Connect with us

Goleniów

Rocznica zawierzenia

Goleniów. Dziesięć lat temu, podczas uroczystej Mszy Świętej 23.11.2013 r o godz. 18.30 w kościele pod wezwaniem Świętego Jerzego w Goleniowie, Robert Krupowicz, burmistrz gminy Goleniów, zawierzył gminę i jej mieszkańców Chrystusowi Królowi Wszechświata.

Opublikowane

w dniu

Podczas zawierzenia burmistrzowi towarzyszyła żona z dziećmi, oraz obaj ówcześni jego zastępcy Tomasz Banach i nieżyjący już Henryk Zajko oraz licznie zebrani wierni. To zawierzenie jest największym dokonaniem Roberta Krupowicza jako burmistrza, który wtedy (niezależnie od jego wcześniejszych i późniejszych działań i wyborów) wykazał się odwagą, determinacją i wiarą decydując się na ten bezprecedensowy akt, którego skutki są i będą z nami na wieki (czytaj rozmowę z burmistrzem poniżej).

Uroczystość odbyła się na zakończenie Roku Wiary w Kościele Katolickim. W liście, jaki Robert Krupowicz przesłał wtedy w tej sprawie do ówczesnego przewodniczącego Rady Miejskiej Czesława Majdaka, czytamy m.in.: „…Rok Wiary stał się zobowiązaniem dla wszystkich ludzi Kościoła Katolickiego do ponownego odkrycia podstawowych prawd wiary, które znajdują się w katechizmie (…) O fakcie (zawierzeniu – przyp. red.) osobiście poinformuję Państwa Radnych na wspólnym posiedzeniu komisji Rady Miejskiej przed listopadową sesją. Zwrócę się także z osobistym zaproszeniem do wszystkich, którzy zechcą towarzyszyć mi w tym wydarzeniu…”.

Oto zapis rozmowy jaką Leszek Ozimek przeprowadził z Robertem Krupowiczem po zawierzeniu, opublikowanej w „Gazecie Goleniowskiej” pt. „To było pytanie życia”:

„Z Robertem Krupowiczem rozmawiamy o tym kogo, dlaczego i jak zawierzył Jezusowi Chrystusowi Królowi Wszechświata.

Gazeta Goleniowska: Myślał Pan, powiedzmy miesiąc temu, że będzie publicznie zawierzał siebie, rodzinę i mieszkańców gminy Goleniów Jezusowi Chrystusowi Królowi Wszechświata?

– Robert Krupowicz: Nie, nie myślałem. Z perspektywy czasu widzę, że zostałem po prostu wezwany do dania świadectwa. A to wezwanie przychodzi nagle i niespodziewanie. Człowiek na nie albo odpowiada, albo nie odpowiada.

Kto Pana wezwał?

– Ten, któremu to świadectwo byłem zobowiązany dać.

Zazwyczaj On posługuje się narzędziami, którymi są ludzie?

– To prawda, On mówi do nas przez innych ludzi, których spotykamy w tym, a nie innym miejscu i czasie. I albo jesteśmy mentalnie przygotowani do odczytania tego komunikatu, albo nie. W moim gabinecie w pewne październikowe chyba jeszcze popołudnie, a więc w przestrzeni zupełnie nieadekwatnej do rozmowy o Bogu, zjawiają się księża Piotr Dzedzej i Kamil.

Nieumówieni, poza kalendarzem spotkań?

– Tak, nie wpisani do kalendarza i zupełnie niespodziewani. Bez kontekstu, w sytuacji kiedy byłem zaprzątnięty innymi myślami i problemami, przygotowany ewentualnie na rozmowę o charakterze bardzo doczesnym, pojawiły się sformułowania, prawdy i treści, które kazały mi się zatrzymać. Kazały powstrzymać galopadę myśli zazwyczaj nam towarzyszącą, kiedy pracujemy w tym świecie, który od nas wymaga aktywności tu i teraz. Słysząc, co mówią, zapadałem się coraz bardziej w fotel i uświadamiałem sobie, że oto w moim życiu, w niedalekiej przyszłości zdarzy się coś – nie chcę tu nadużywać pretensjonalnych sformułowań – bardzo istotnego.

Co takiego swoją wizytą obaj kapłani wywołali?

– No właśnie, to było pytanie… Ale pan wie, że nasza rozmowa musi mieć w poważnej części charakter metafizyczny i tylko dlatego się na nią zdecydowałem?

Po to właśnie ją przeprowadzam.

– Wiem, że pan to rozumie. Od jakiegoś czasu mam poważny dyskomfort w rozmowach z przedstawicielami mediów, ponieważ muszę o sprawach wiary takich jak sumienie, łaska, zawierzenie, mówić w kontekście języka współczesnego świata, który tymi kategoriami zupełnie się nie posługuje.

Na czas tej rozmowy zrezygnujmy z tego języka?

– Właśnie. Otrzymałem od tych kapłanów pytanie: czy ty znasz Tego Człowieka, czy ty znasz Tego Galilejczyka? Mogłem odpowiedzieć tak jak święty Piotr – nie znam, nie mam z Nim nic wspólnego. I później gorzko zapłakać. Nie pomyślałem o tym, żeby powiedzieć „nie”.

Dlaczego? Przecież każdy z nas spróbowałby się jakoś wyśliznąć?

– Przepełnił mnie lęk, zupełnie naturalny lęk. I pytanie – czy ja jestem godzien? Ja, facet ze wszystkimi swoimi słabościami i z całym życiem nie jestem przecież herosem wiary, nie jestem opoką, nie jestem skałą na której można budować. Wręcz przeciwnie.

A potrafi Pan wskazać takich herosów w naszym otoczeniu?

– Nie wiem. Jestem pewien, że tacy ludzie są wokół mnie, ale ja do nich nie należę. Jestem człowiekiem wątpiącym, mającym więcej pytań niż odpowiedzi. Muszę bardzo mocno walczyć ze swoimi słabościami. Nie jestem żadnym wzorem moralnym, bo i z tym mam ogromne problemy. Zastanawiam się, co jest dobre, co złe, popełniam błędy, grzeszę. Później za nie żałuję, spowiadam się z nich. A tu takie wyzwanie akurat do mnie spowodowało, że pierwsze pytanie, jakie zadałem moim rozmówcom, brzmiało: czy wy mnie w ogóle znacie, czy wiecie z kim rozmawiacie, przed kim roztaczacie swoją perspektywę? Oni kiwali tylko głowami, jakby nie zagłębiając się w to, co zaproponowałem. W swoim życiu duchowym nauczyłem się wierzyć, słuchać ludzi, którzy mają lepsze rozeznanie od mnie. To, co mówię, przychodzi mi ciężko, bo rozmawiamy publicznie o kwestiach nie tylko intymnych, ale jeszcze natury religijnej.

Myślę, że teraz jest ten czas, kiedy trzeba.

– Dla nas przeciętnych, takie rozeznanie może być niedostępne, ponieważ my traktujemy świat zbyt jednowymiarowo. A on jest przecież znacznie bogatszy. Dlatego ja mam zaufanie do takich ludzi jak kapłani, którzy do mnie przyszli. To przecież nie mógł być przypadek, że w to październikowe popołudnie w moim gabinecie zaczynamy rozmawiać o tematach niezwykle istotnych, ale nie przystających do rzeczywistości, w której funkcjonujemy. Że natychmiast muszę się zatrzymać, przestać myśleć o tym wszystkim, o czym myślałem do tej pory i wejść bardzo głęboko w siebie. W swoje sumienie, serce i odpowiedzieć na kapitalne pytanie, jakie zostało mi postawione. A to jest pytanie życia.

Musiał Pan mieć w sobie jakąś wewnętrzna gotowość, skoro się Pan nie opierał, przede wszystkim przed sobą?

– Nie odpowiadałem sobie na tego rodzaju pytanie, bo się go nie spodziewałem. Wie pan, to jest konsekwencja wielu pytań, jakie sobie człowiek zadaje na drodze rozwoju swojego życia religijnego i duchowego. Od tych podstawowych – Panie, dlaczego milczysz, dlaczego ja? Próbując się z nimi zmierzyć, człowiek uprawia pole, na którym potem można coś posadzić.

Zamiast, jak to się nam zwykło zdarzać przed podjęciem trudnej decyzji, zastanawiać się, dywagować, roztrząsać, Pan od razu odpowiedział „tak”?

– Tak. Widzi pan, przez ostatnie dwa tygodnie byłem zmuszony próbować wyjaśniać tego typu kwestie przed kamerami i mikrofonami, używając do tego zupełnie nieadekwatnego do tego języka. Języka przekazu medialnego. Chcieli kilkunastosekundowych wypowiedzi o kwestiach dla mnie fundamentalnych. Do tego miałem świadomość, że później to nagranie pójdzie pomiędzy materiałem o kurze z dwoma głowami, a tym o matce zaniedbującej swoje dzieci. A w środku Krupowicz, takie dziwadło mówiące o sumieniu, powołaniu, o wierze. Odpowiem panu najpierw językiem popkultury. W „Psach” Pasikowskiego jest taka scena, w której Linda stoi z kałasznikowem przed Konradem, który pyta – Franz, dlaczego? W imię zasad – odpowiada Franz. Używając innego języka powiem, że to była chwila próby. Całe życie próbuję żyć zgodnie z wartościami, z zasadami i nie mówię, że daję radę, bo dać radę to być herosem, świętym. Ale przed odpowiedzią myślę sobie – człowieku zdradzisz siebie? W imię koniunktury, lęku, który cię w tym momencie przepełnia, całej świadomości tego, co ciebie czeka? Są momenty w życiu, że decydujesz tak, albo siak. Ja odpowiedziałem „tak”.

Trafiło na doskonale przygotowanego do tego, co go będzie czekało, człowieka. Spodziewał się Pan przecież, co Pan swoim „tak” ściąga sobie na głowę?

– Do końca chyba nie. Gdybym to kiedyś przeżył, to namysł mógłby być głębszy. Oczywiście wiedziałem, co mnie czeka, ale nie, że rozpęta się aż taka histeria medialna. Z mojego punktu widzenia decyzja o zawierzeniu była zupełnie normalna dla każdego wierzącego człowieka.

Po decyzji na „tak”, pojawia się pytanie „jak?”

– Nikt z nas nie wiedział za bardzo jak. Nie będę ukrywał, że mieliśmy gotową odpowiedź. Ja przecież nie miałem doświadczenia z tego typu aktem religijnym. Żyjemy w świecie modeli, pewnych gotowych rozwiązań, kalek. Stąd swoim rozmówcom zadałem pytanie: jak to zrobimy? Wtedy zapadła cisza, spojrzeli na mnie, a ja mówię, że nie wiem jak. Jakiś czas później zadzwonił arcybiskup Dzięga. Spotkaliśmy się i on ze swoją mądrością, ale też analitycznym umysłem prawnika, zaczął w rozmowie ze mną systematyzować myśli. Pozostawiając odpowiedź mojemu sercu. Zadawał mi pytania, które krok po kroku wydobywały mnie z mgły. Rozmawialiśmy też o różnych konsekwencjach mojego działania. Rozważaliśmy konsekwencje natury formalno-prawnej, przewidywaliśmy reakcje, jakie spotka akt zawierzenia Roberta Krupowicza.

Ale nie było dywagacji „czy” tylko „jak”?

Tak. Arcybiskup uważał, że trzeba to zrobić jak najszybciej. Powiedział mi, że po kilkunastu wizytach w Goleniowie jakie ma za sobą, on czuje, że tu ludzie na coś czekają. I, że skoro w moim sercu jest gotowość zawierzenia, to trzeba zawierzać.

To co w akcie zawierzenia się znalazło, wypłynęło z pańskiego serca?

– Tak, Spytałem ekscelencję, jak mam to ułożyć? Ekscelencja odpowiada: to jest pana decyzja. Proszę przygotować treść aktu zawierzenia. Poprosił, żebym – jeśli uznam to za stosowne – dał mu ten akt do wcześniejszego przeczytania. I ja to napisałem, przesłałem do arcybiskupa i w przeddzień tej wielkiej uroczystości dostałem odpowiedź. Z sugestią dodania jednego zdania, które wiązało się z wyeksponowanym później w kazaniu podczas uroczystości rozumieniem Chrystusa Króla Wszechświata. My to rozumiemy w sposób ziemski – władca, monarcha. Już widziałem te nagłówki w gazetach i na portalach, w telewizjach – facetowi się nagle klepki poprzesuwały i nagle zawierza gminę Królowi Wszechświata.

Jeszcze Panu moherowego beretu na głowie brakowało?

– Właśnie, czuje Pan ten dysonans? Otwiera pan jakąś gazetę ogólnopolską, a tu rekonstrukcja rządu, zegarek Nowaka i jakiś Krupowicz zawierza gminę Jezusowi Chrystusowi Królowi Wszechświata. A to przecież chodzi nie o władcę, ale Króla moich i naszych serc i czynów. I to była jedyna poprawka, którą ekscelencja wkomponował w mój tekst. Tego mi brakowało, by uzmysłowić Kim i jakiego rodzaju to jest Król.

Jak Pan tę operację „zawierzenie” przeprowadził przez rodzinę?

– Hmm… Chcę tutaj bardzo podziękować mojej żonie Monice. Nie było nam łatwo. Szczególnie gdy do rodziny wdarł się stres wynikający z napięcia wprowadzonego kanonadą medialną. Ja przez długi czas sam byłem człowiekiem mediów i wiem jak to działa. Żona także. Ale zawsze byliśmy po drugiej stronie. Teraz dopiero mogę powiedzieć, co czuje człowiek, który nie tyle jest przedmiotem mediów, ale ich napastliwości. W tym przypadku dziennikarze nawet nie przygotowali się do tematu, który podejmowali. Żeby chociaż wiedzieli o co pytać.

I zrozumieć odpowiedzi?

– Na to nie ma szans. To tylko presja płynąca z zapotrzebowania na sensację i z liczby mediów. Doświadczyłem, jak wiele ich w Polsce jest – czego się nawet nie spodziewałem. I to wszystko się skumulowało w krótkim czasie, bo wszyscy próbowali wydrzeć dla swojego medium ten news. Zostałem postawiony w sytuacji, kiedy o rzeczach niezwykle intymnych, trudnych, osobistych i nie do wytłumaczenia w 30 sekund, mam się wypowiedzieć, wpisując w konwencje współczesnych mediów. Wiedząc, że jak będę mówił dłużej, to będą cięcia i sam nie wiem, co z tego zostanie i pójdzie w świat. I tak patrzyłem z okna swego gabinetu na te wszystkie TVN-y, Polsaty i inne telewizje rozpinające się pod urzędem, zastanawiając się, czy ten świat zwariował do końca, czy jest jeszcze trochę normalności. Obserwowałem ekipy telewizyjne biegające po sali sesyjnej, oczekujące, że może się na siebie rzucimy i będziemy okładać krzyżem zdjętym ze ściany. Jeszcze dzisiaj rano, przed naszą rozmową (25.11.2013 r. – przyp. red.) przyjechał facet z mikrofonem, którego wyprosiłem. Powiedziałem, że to już absolutnie koniec. Rozmowa z panem jest ostatnim wywiadem, którego udzielam w sprawie zawierzenia.

Żona stanęła przy Panu w kościele, byliście z dziećmi. Więc jednak przetrawialiście ten medialny nalot?

– Żona stanęła przy mnie. Ja bardzo chciałem, żebyśmy byli na tej uroczystości całą rodziną, ale Monika mówi: ale jak to sobie wyobrażasz? Zaczną latać z kamerami po całym kościele? Przecież oni nie będą nic innego robić tylko nas filmować. To będzie spektakl, teatr obdarty z sacrum. W nasz obrządek religijny wpuścimy ludzi, którzy go zbezczeszczą i podepczą nic z tego nie rozumiejąc? Na szczęście księdzu Piotrowi udało się przekonać reporterów, by filmowali tylko z chóru, dzięki czemu Msza Święta zachowała wymiar sakralny.

Czuł się Pan samotny przez ten cały czas?

– I tak, i nie. Z jednej strony miałem huśtawkę nastrojów, popadałem w zwątpienie, pytając siebie, czy dobrze robię. Spośród dziesiątków e-maili, jakie dostałem na swoją prywatną skrzynkę, są tylko dwa negatywne. Rozmowy z dziennikarzami miały to do siebie, że ma pan po drugiej stronie kogoś, kto zapala oślepiające światła kamery, podtyka pod usta mikrofon i cały czas pyta dlaczego? Ale on wcale nie chce usłyszeć moich racji religijnych, tylko zupełnie świeckie

Był wśród tej dziennikarskiej pielgrzymki ktoś, kto rozumiał o co Panu chodzi, albo chociaż chciał się tego szczerze dowiedzieć?

– Oprócz pana nikt. Nie chciałbym żeby to zabrzmiało jak fałszywy komplement, ale tylko pan mnie pyta o kluczowe kwestie i chce je zrozumieć. Najgorsze było to odczucie rozmowy z kimś, kto przyjechał z już gotową intencją, tendencyjne. Z założeniem, że w tym Goleniowie siedzi jakiś oszołom, moher, facet, któremu odjęło. Wracając jeszcze do pytania o samotność, jak miałem te zachwiania, wątpliwości, to w fantastyczny i cudowny sposób pojawiały się albo telefony, albo maile na zasadzie – trzymaj się, To co robisz jest dobre, skopią cię oplują, ale pamiętaj, robisz dużo dobra. I to był przekaz zdecydowanie dominujący i dający mi siłę.

Trafił się ktoś, kto osobiście lub podpisany imieniem i nazwiskiem powiedział Panu, że robi Pan źle?

– No właśnie, nikogo takiego nie było.

Na zakończenie proszę nam powiedzieć, czy teraz Pan nie żałuje tego, co się stało, ze wszystkimi konsekwencjami?

– Ależ skąd! Jeszcze wczoraj miałem taką myśl, że to co zrobiłem absolutnie nie należy już do mnie. Nie mam już na to żadnego wpływu. Jaką mam przyjąć postawę wobec tego wszystkiego? Przecież nie kogoś, kto próbuje zapanować lub kontrolować to, co się stało. Przyjąłem w zawierzeniu postawę głębokiej ufności. Po prostu zaufałem Temu przez wielkie T.”

red.

Goleniów

Krzyż bez Chrystusa

Goleniów. Ktoś zniszczył figurę Chrystusa na krzyżu stojącym przy komendzie Straży Pożarnej.

Opublikowane

w dniu

Do profanacji doszło 16 kwietnia kwadrans przed godz. 23.00. Według nieoficjalnych informacji, kamera monitoringu zainstalowana przy skrzyżowaniu ulic Adersa i Konopnickiej nie zarejestrowała samego zdarzenia, ale uchwyciła mężczyznę oddalającego się w tym czasie z miejsca gdzie stoi krzyż.

red.

powiązane – „Po wyborach – analiza”

Kontynuuj czytanie

Goleniów

Pogodna przebudowana

Goleniów. Wczoraj odbył się odbiór techniczny ulicy Pogodnej w Kliniskach Wielkich po przebudowie.

Opublikowane

w dniu

Jak podaje gmina, zakres inwestycji obejmował wykonanie nawierzchni jezdni z kostki betonowej i kostki betonowej z rozszerzoną fugą wypełnioną kruszywem, wykonanie zjazdów i chodników z kostki betonowej oraz wykonanie kanału technologicznego. Roboty budowlane zrealizowała firma STERN Dawid Chudziak z Żółwiej Błoci. Całość inwestycji kosztowała 1 246 416,65 zł.
Na inwestycję Gmina Goleniów otrzymała dofinansowanie z PROW w wysokości 738 020,00 zł., co stanowi 63,63% środków kwalifikowanych.

red.

powiązane – „Po wyborach – analiza”

Kontynuuj czytanie

Goleniów

Lasy zagrożone

Goleniów. Nadleśnictwo Kliniska informuje, ze pojawiło się zagrożenie dla trwałości fragmentu lasów podlegających jego administracji.

Opublikowane

w dniu

Jak podaje nadleśnictwo, nadmierny rozwój liczebności gąsienic barczatki sosnówki zagraża borom sosnowym na terenie leśnictw Pucko i Strumiany. Prowadzone prace prognostyczne i obserwacje potwierdziły rozwijanie się tzw. „gradacji” tego owada. Liczby gąsienic zagrażające życiu drzew zostały przekroczone. Dlatego została podjęta decyzja o zastosowaniu środka biologicznego w celu ograniczenia liczebności gąsienic barczatki sosnówki. Mapka pola zabiegowego – obok.

Środek FORAY 76B jest bezpieczny dla innych organizmów i nie stanowi zagrożenia dla owadów zapylających. Przewidywany termin wykonywania zabiegów agrolotniczych – od 22 kwietnia 2024 r. do 20 maja 2024r. Warunkiem wykonywania lotów samolotu DROMADER będą: odpowiednia temperatura powietrza oraz siła wiatru. Przeloty samolotu będą się odbywały w godzinach porannych oraz przed wieczorem. Ze względu na brak okresu karencji wstęp na tereny opryskiwane będzie możliwy po wyschnięciu podanego preparatu na igłach i liściach.

red.

powiązane – „Po wyborach – analiza”

Kontynuuj czytanie
Reklama
Kontakt e-mail: gazeta@goleniowska.com,
Nasz portal przeciętnie odwiedza codziennie ok. 2000 użytkowników - oni przy okazji zobaczą reklamę, ogłoszenie, materiał promocyjny, nekrolog itp.

Na czasie